Baltic Power to projekt, który pokazuje, jak wygląda wejście Polski w prawdziwy offshore: duża skala, złożona logistyka i energia, która ma realnie zasilać krajowy system. Patrzę na tę inwestycję nie tylko jak na kolejną farmę wiatrową, ale jak na test dojrzałości całego łańcucha: od portów i fundamentów po sieć, bilansowanie i serwis. W tym artykule rozkładam temat na konkrety: gdzie powstaje ta morska elektrownia, na jakim jest etapie w 2026 roku, ile energii ma dostarczać i jakie ma ograniczenia.
Najważniejsze fakty o tej morskiej farmie
- To wspólna inwestycja ORLEN i Northland Power, która ma być pierwszą działającą morską farmą wiatrową w Polsce.
- Moc zainstalowana wynosi około 1,14 GW, a w materiałach projektowych bywa zaokrąglana do 1,2 GW.
- Farmę tworzy 76 turbin o mocy 15 MW każda.
- Inwestycja powstaje około 23 km od brzegu, w rejonie Choczewa i Łeby, na obszarze około 130 km².
- Po uruchomieniu ma produkować do 4 TWh energii rocznie, czyli około 3% dzisiejszego krajowego zapotrzebowania.
- Na lato 2026 projekt jest w budowie; w czerwcu 2026 zainstalowano 50 z 76 turbin, a zakończenie kampanii instalacyjnej planowane jest na drugą połowę 2026 roku.
Czym jest ta inwestycja i dlaczego jest ważna
To nie jest zwykła farma wiatrowa przeniesiona z lądu na morze. Mamy tu do czynienia z dużą, złożoną infrastrukturą energetyczną, która ma wejść do polskiego systemu jako źródło czystej energii o skali porównywalnej z dużymi blokami wytwórczymi. W praktyce chodzi o projekt, który ma moc zainstalowaną na poziomie 1,14 GW i jest jednym z najważniejszych kroków w rozwoju krajowego offshore.
Z mojego punktu widzenia istotne są dwie rzeczy. Po pierwsze, ta inwestycja pokazuje, że Polska nie mówi już o morskiej energetyce wiatrowej wyłącznie w kategoriach planów i strategii. Po drugie, to projekt, który wymusza współpracę wielu branż naraz: energetyki, portów, logistyki, stoczni, budownictwa i usług serwisowych. Taka skala nie powstaje sama z siebie, a właśnie w tym tkwi jej znaczenie.
W praktyce to także sygnał dla całego rynku, że offshore w Polsce nie jest już egzotyką, tylko realnym elementem miksu energetycznego. Żeby jednak dobrze zrozumieć jego wagę, trzeba najpierw uporządkować najważniejsze liczby.
Najważniejsze liczby, które porządkują skalę projektu
| Parametr | Wartość | Znaczenie w praktyce |
|---|---|---|
| Moc zainstalowana | 1,14 GW, zaokrąglane do 1,2 GW | Skala wystarczająca, by realnie zasilać znaczącą część systemu elektroenergetycznego |
| Liczba turbin | 76 | Mniej jednostek niż w małych farmach, ale każda z nich jest znacznie większa i wydajniejsza |
| Moc jednej turbiny | 15 MW | Jedna maszyna produkuje wielokrotnie więcej energii niż typowa turbina lądowa |
| Odległość od brzegu | około 23 km | Mniejszy wpływ na krajobraz i hałas na lądzie, ale trudniejsza logistyka serwisowa |
| Obszar farmy | około 130 km² | Duży teren operacyjny, wymagający precyzyjnego planowania instalacji i bezpieczeństwa |
| Roczna produkcja | do 4 TWh | Około 3% dzisiejszego krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną |
| Status w 2026 roku | budowa i testy | Projekt jest blisko uruchomienia, ale jeszcze nie pracuje komercyjnie |
Same liczby robią wrażenie, ale w offshore nie chodzi wyłącznie o moc. Równie ważne są lokalizacja, fundamenty, transport elementów i to, jak energia zostanie wyprowadzona do sieci. Dlatego warto spojrzeć na to, gdzie dokładnie powstaje ta elektrownia i jak działa jej morska infrastruktura.

Gdzie powstaje i jak działa morska infrastruktura
Farma powstaje w polskiej wyłącznej strefie ekonomicznej Bałtyku, w rejonie Choczewa i Łeby. To ważne, bo lokalizacja nie została wybrana przypadkowo: trzeba tu połączyć warunki wiatrowe, odległość od brzegu, wymagania środowiskowe i sensowną logistykę budowy. W offshore nie ma miejsca na przypadek, bo każda decyzja wpływa później na koszty, dostępność serwisu i tempo pracy całego systemu.
Fundamenty i turbiny
Każda turbina ma moc 15 MW, więc nie mówimy o „dużej wersji” lądowej jednostki, tylko o osobnej klasie sprzętu. Sam rozmiar jest tu kluczowy: łopaty mają ponad 115 metrów długości, a konstrukcja musi wytrzymać silne wiatry, zasolenie i ciągłe działanie fal. Fundamenty to monopale, czyli stalowe elementy wbijane głęboko w dno morskie, które przenoszą obciążenia całej wieży i gondoli.
To właśnie fundamenty decydują o tym, czy taka inwestycja będzie stabilna przez dekady. Na morzu nie ma miejsca na półśrodki, bo naprawa błędu konstrukcyjnego po montażu jest dużo trudniejsza niż na lądzie.
Kable i stacja transformatorowa
Prąd z turbin trafia najpierw do morskiej stacji transformatorowej, gdzie napięcie jest podnoszone, a następnie płynie kablami eksportowymi do lądu. To właśnie ten etap nazywa się wyprowadzeniem mocy i bez niego nawet najlepiej działająca turbina nie zasiliłaby systemu. Z punktu widzenia operatora sieci ten fragment infrastruktury bywa równie ważny jak same generatory.
W offshore liczy się więc nie tylko to, ile megawatów stoi na morzu, ale też to, czy energia da się bezpiecznie i sprawnie dostarczyć na ląd. I właśnie dlatego kolejna część budowy jest tak istotna: sama instalacja turbin to nie koniec, tylko połowa drogi.
Przeczytaj również: Elektrownia Opole (Dobrzeń Wielki): Jak działa filar polskiej energii?
Dlaczego serwis jest trudniejszy niż na lądzie
Na morzu każda inspekcja i każda naprawa zależą od pogody, fal i dostępności specjalistycznych jednostek. Jeśli warunki się pogorszą, pracę trzeba przerwać, nawet gdy harmonogram tego nie lubi. Z perspektywy eksploatacji oznacza to, że przy offshore równie ważne jak same urządzenia są port serwisowy, zaplecze techniczne i planowanie części zamiennych.
To prowadzi do najprostszej, ale bardzo praktycznej obserwacji: morska farma wiatrowa nie jest tylko „elektrownią na morzu”. To cały system techniczny, który musi działać razem. I właśnie dlatego warto przyjrzeć się, jak wygląda budowa w 2026 roku.
Jak wygląda budowa w 2026 roku
Na przestrzeni ostatnich miesięcy projekt przeszedł z etapu przygotowań do etapu realnego montażu. Prace lądowe ruszyły wcześniej, a montaż offshore rozpoczął się na początku 2025 roku. Pierwsza turbina została zainstalowana w lipcu 2025 roku, a w czerwcu 2026 roku na morzu stało już 50 z 76 turbin. To ważna liczba, bo pokazuje, że projekt jest daleko poza fazą deklaracji.
- początek 2024 roku - start części prac na lądzie,
- styczeń 2025 - rozpoczęcie instalacji na morzu,
- lipiec 2025 - montaż pierwszej turbiny,
- czerwiec 2026 - zainstalowanych 50 turbin,
- druga połowa 2026 - planowane zakończenie kampanii instalacyjnej i wejście w kluczowe testy.
Następny krok to testy mocy i infrastruktury. To nie jest formalność, tylko moment, w którym sprawdza się, czy turbiny, kable, stacja transformatorowa i system sterowania pracują jako jeden organizm. Dopiero po tym etapie można mówić o pełnym uruchomieniu komercyjnym.
W praktyce to właśnie ten fragment budowy pokazuje, czy projekt jest dobrze przygotowany, czy tylko dobrze wygląda na renderach. A gdy już zacznie pracować, jego wpływ będzie odczuwalny znacznie szerzej niż na samym wybrzeżu.
Co ta farma zmienia dla polskiej energetyki
Najbardziej konkretny efekt to czysta energia. Szacowane 4 TWh rocznie odpowiadają mniej więcej 3% dzisiejszego zapotrzebowania na energię elektryczną w Polsce. To nie rozwiązuje wszystkich problemów systemu, ale w krajowej skali jest to już ilość, której nie da się zignorować. Dla mnie to właśnie ten moment odróżnia projekt symboliczny od projektu systemowego.
- Dywersyfikacja miksu - więcej źródeł wytwórczych oznacza mniejszą zależność od jednego typu paliwa.
- Nowy łańcuch dostaw - porty, stocznie, firmy instalacyjne i serwisowe zyskują nowe zlecenia.
- Wzmocnienie bezpieczeństwa energetycznego - produkcja na miejscu ogranicza potrzebę importu paliw do wytwarzania energii.
- Efekt demonstracyjny - pierwszy duży projekt otwiera drogę kolejnym inwestycjom offshore.
Warto jednak zachować trzeźwe spojrzenie. Taka farma nie obniży rachunków z dnia na dzień i nie zastąpi całego systemu wytwórczego. Jej sens polega na tym, że dokłada znaczącą ilość energii zeroemisyjnej i wzmacnia odporność rynku, a to w energetyce jest często ważniejsze niż chwytliwe hasła.
Skoro wiemy już, co ta inwestycja wnosi, trzeba uczciwie powiedzieć, czego od niej nie wolno oczekiwać bezwarunkowo. I tu dochodzimy do ograniczeń, które w offshore bywają niedoszacowane.
Jakie są ograniczenia, o których łatwo zapomnieć
Największym błędem przy ocenie takich projektów jest traktowanie mocy zainstalowanej jak stałej produkcji. To tak nie działa. Farma wiatrowa zależy od warunków pogodowych, więc jej wytwarzanie jest zmienne. W praktyce potrzebny jest cały system równoważenia: sieć, magazyny energii, źródła regulacyjne i dobre zarządzanie popytem.
- Zmienność produkcji - wiatr nie wie, kiedy system najbardziej potrzebuje energii.
- Wyższy koszt budowy - offshore jest droższy niż większość projektów lądowych, bo wymaga specjalistycznego sprzętu i okien pogodowych.
- Trudniejszy serwis - naprawy zależą od warunków na morzu i logistyki portowej.
- Potrzeba mocnej sieci - bez sprawnego przyłączenia projekt nie wykorzysta pełni potencjału.
- Ograniczenia środowiskowe i społeczne - trzeba godzić interesy energetyki, rybołówstwa, żeglugi i ochrony przyrody.
To nie są wady samej technologii, tylko realne warunki jej działania. Offshore ma sens właśnie wtedy, gdy inwestor i operator uwzględniają te ograniczenia od początku, zamiast liczyć, że „jakoś się ułoży”. I dlatego po uruchomieniu najważniejsze będzie już nie samo przecięcie wstęgi, ale to, jak projekt zacznie pracować w praktyce.
Po starcie najważniejsze będą dostępność i stabilność pracy
Jeśli mam wskazać jedną rzecz, którą warto śledzić po uruchomieniu, to nie będzie nią pojedynczy rekord produkcji, tylko regularność pracy. Liczy się to, czy farma utrzyma zakładany poziom dostępności, jak będzie reagować na awarie i jak szybko zadziała cały łańcuch serwisowy. W energetyce to właśnie powtarzalność pokazuje prawdziwą jakość inwestycji.
Warto też obserwować, czy projekt bez zgrzytów przejdzie przez pierwsze miesiące eksploatacji i czy stanie się dobrym punktem odniesienia dla kolejnych farm na Bałtyku. Jeśli tak, jego znaczenie będzie większe niż sama liczba megawatów. Będzie oznaczać, że Polska potrafi budować nie tylko pojedyncze instalacje, ale pełną kompetencję offshore.
To dlatego patrzę na ten projekt jak na próbę generalną dla całego sektora. Gdy zagra technika, logistyka i sieć, morska energetyka wiatrowa przestaje być obietnicą, a staje się trwałym elementem polskiej elektrownianej rzeczywistości.
